Maj 2009- archiwa
Wyścig o Złote Kalesony – finał
Nie będzie tajemnicą, ani nawet odkryciem, jeśli napiszę, że wygrałam. :)
W pewnym momencie nie było to jednak takie oczywiste. Do kota (teoretycznie) lżejszego, Myńka, zbliżyłam się gdzieś na początku kwietnia. Wydawało się, że nie będzie żadnych niespodzianek, ale w Myńka wstąpił jakby demon – kot podjął walkę i zaczął tyć na potęgę! Mijaliśmy się parę razy, bo też moje okresowe spadki wagi zadania nie ułatwiały. Ostatecznie Myńka pożegnałam na początku maja! Rośliśmy razem przez cały MIESIĄC!!! Skumbria też jakby próbowała utyć, ale w porównaniu z Myńkiem to mi tylko mignęła. :)
Przez ten czas koty nie dość, że przyzwyczaiły się do ważenia, to jeszcze jakby zaczęły kojarzyć, o co w tym wszystkim chodzi. Normą była “kolejka” kotów przed graciarnią w porze kąpieli (w graciarni mam stanowisko kąpielnicze). :) Często też koty były przyłapywane na dopingu, ciamkając swoje jedzenie tuż przed ważeniem. ;)
Bilans wyścigu – od 10 lutego do 17 maja przybrałam z 4559 gram do 6718 gram! Ponad 2 kg przez 3 miesiące! Daje to 22 gramy na dzień i coś ponad 660 gram na miesiąc, czyli w sumie całkiem nieźle. Po stronie porażek w bilansie wypadałoby zapisać “dwa spasione koty”. :)
Na ostatniej wizycie pan pediatra powiedział, że mimo wszystko rosnę całkiem ładnie, i że nie ma się czym przejmować. Nie, żeby do moich Rodziców to dotarło, ale może faktycznie przejmują się jakby mniej. W ramach symbolu mniejszego przejmowania się, postanowili zakończyć Wyścig, jak również skończyć uaktualnianie wykresiku. Zróbcie więc “pa pa” wykresikowi! Fajny był, ale już spełnił swoją rolę.
Żeby pokazać, jak to się nie przejmuje, Tata zrobił mi… nowy wykresik. :D Ten jest trochę inny – zamiast kotów, ma nałożoną siatkę centylową. Żeby wyrazić nadzieję, że teraz już będę rosła w miarę normalnie, Rodzice uaktualniać będą wykresik co tydzień – w czwartki. (Nadzieja nadzieją, ale ważą mnie nadal codziennie. :D)
Krótka instrukcja obsługi nowego wykresiku – te szare krzywe kreseczki, to centyle. (O centylach więcej można poczytać tutaj.) Krzywa niebieska, to ja, a konkretnie – moja waga. :) Oś pionowa opisana jest kilogramami, poziome kreseczki biegną co 500 gram. Pozioma oś nie jest opisana, ale to są cotygodniowe wagi, co czwarty tydzień rysuje się pionowa kreseczka. Przy okazji można łatwo śledzić, ile mam tygodni. :) Rodzice robili nowy wykresik na podstawie siatki centylowej WHO, a ta różni się trochę od tej polskiej – trzeci i piąty centyl są na poziomie 15 i 85 procent, podczas gdy w polskiej – 25 i 75 procent. Dane statystyczne siatki również pochodzą z WHO.
Zła wiadomość jest taka – te siatki zawierają dane statystyczne aż do piątego roku życia… :(
18 maj 2009 Komentarze (9)
Rozkład jazdy
Dzisiaj opowiem Wam, moi drodzy Czytelnicy, jak wygląda mój dzień. Otóż mój dzień wygląda tak, jak ja tego chcę. W szczególności nie wygląda tak, jak chcą tego Rodzice.
Co prawda Mama, jeszcze w ciąży, naczytała się różnych teorii na temat wychowywania dzieci wg zegarka. Na przykład przeczytała w bardzo modnej książce Tracy Hogg, że niemowlę powinno funkcjonować w trzygodzinnych przedziałach czasowych, w trakcie których zalicza kolejno karmienie, zabawę i sen (a w nocy sen, sen i sen). Na szczęście Rodzice nawet nie próbowali wdrażać tego systemu w życie. Dzięki temu Oni uniknęli niechlubnej porażki, a ja przez pierwsze miesiące jadłam, spałam i bawiłam się zupełnie nieregularnie. Żeby nie mieli nudno, dbałam o to, aby nie znali dnia ani godziny. Ale ileż można… W ostatnim czasie sama sobie wymyśliłam plan dnia i zachowuję w tym pewną regularność. Skoro Oni nie zmuszają mnie do robienia rzeczy wtedy, kiedy nie mam na nie ochoty, to niech już mają… ;)
W praktyce wygląda to tak:
Powiedzmy, że dzień zaczynam koło 5-6. Karmimy się z Mamusią w łóżku. Niezbyt lubię to karmienie, bo po nim często boli mnie brzuszek. Poza tym jest to pora pierwszej ponocnej Kupki[tm], która nie zawsze daje się zrobić łatwo i szybko. Mama wtedy kładzie mnie na brzuchu i leje w tyłek. Brzmi to może trochę barbarzyńsko, ale tak kazał mój Pan Doktor i faktycznie, metoda pomaga. Zwykle w czasie lania zasypiam.
Następnie budzę się koło 7-8 i znowu się karmimy. Mama nie ma nic przeciwko karmieniu mnie co dwie godziny, bo ciągle ma fazę, że mało rosnę, więc jest zachwycona każdym objawem mojego apetytu. Po tym karmieniu obracam się na drugi boczek i jeszcze idę spać. Zazwyczaj Mama też, chociaż mogłaby w tym czasie coś mądrego zrobić – na przykład wyprasować moje ubranka! Ale Ona twierdzi, że o tej porze nie ma mowy.
Następna pobudka koło 9-10. Po tym karmieniu raczej nie zasypiam, tylko się bawimy. Gadamy, rehabilitujemy się albo trenujemy chwyt na grzechotkach. Czasem na chwilkę jeszcze przysnę, w końcu jestem jeszcze małym dzidziusiem. Ale zazwyczaj nie.
Kolejne karmienie koło południa. Potem przychodzi pora na spacer, na który Mama wychodzi między 13-14, bo zanim się pozbiera, to pół dnia mija. Na spacerze zazwyczaj śpię, chociaż ostatnio równie chętnie obserwuję przyrodę, czego efekty mogliście przeczytać we wpisie Przyroda szaleje.
Po spacerze już rutyna: karmienie (koło 15.), zabawa, karmienie (koło 17.), zabawa. Czasem w ramach zabawy gdzieś jeździmy, choć najczęściej tylko do lekarza. Między 19-20 Rodzice odprawiają rytuał pt. “Kąpiel”. Po kąpieli karmienie i idę spać.
I właściwie można to uznać za początek nocy, bo potem już tylko śpię. Co prawda budzę się częściowo na karmienia (między 22-24. oraz 2-3), ale nawet nie otwieram oczu, bo jak tylko zacznę się wiercić, pasionka sama trafia mi do dzioba (jak ta Mama to robi? :D). Nałykam się ile mam ochotę i dalej w kimę. Pobudka ok. 5-6…
Zważywszy na to, że moja Mama z lenistwa zadysponowała, że śpię w łóżku z Rodzicami (Ona też za bardzo nie otwiera oczu na nocne karmienia, a odpuścić ich nie chce, bo przecież “ja nie rosnę”), nocki mijają nam dość spokojnie. Znajomi Rodziców twierdzą wręcz, że mają Oni mnóstwo szczęścia z takim fajnym dzieciakiem, jak ja. Prawda? :)
10 maj 2009 Komentarze (2)
Raport #3
Na początek wiadomość z ostatniej chwili – chichoczę! :D Naumiałam się już śmiać na głos. :) Jak do tej pory zaszczytu wysłuchania chichotu dostąpiła wyłącznie Mama.
Nauczyłam się również łapać zabawki w obie łapy!
Wszystko, co złapię, od razu pakuję do dzioba. :]
Głowę podnoszę już tak wysoko, że wyżej się nie da, więc chyba więcej już nie będę się tym chwalić.
Jak widać, koty są po mojej stronie. :)
Z okazji dobrej pogody brzuch można również wietrzyć na dworze.
Pomału staję się duszą towarzystwa. :) Na Wielkanoc odwiedzili mnie Babcia Krysia i Dziadek Jurek. Tydzień później Rodzice sprzedali mnie Babci Zosi, a sami udali się na ślub Lili i Sokoła. W kolejny weekend odwiedziły mnie Prababcia Jadzia, Ciocia-Babcia Ela i Ciocia Ania. Dostałam od nich mnóstwo fajnych rzeczy, a z miejsca zakochałam się w Panu Słoniu, którego mogę miętosić i obśliniać wedle upodobania. :)
Ostatnio Rodzice ulegli namowom i wybrali się ze mną do Bydgoszczy na ślub Agnieszki i Andrzeja. Pierwszy raz jechałam tak daleko samochodem!
Jechało się nawet fajnie, bo mogłam swobodnie miętosić Pana Słonia albo drzemać, ale ileż można – dobrze, że Rodzice robili często postoje, chociaż Tata buczał, że mu średnia spada. :)
Na samo wesele się nie załapałam – padłam spać. Rodzice i Babcia Krysia zmieniali się przy mnie przez jakiś czas, a potem Tata nie zdzierżył kondycyjnie (bo mój Tata tańczyć umi, chociaż nie lubi :) i spał razem ze mną.
A właśnie, bo chyba też się nie pochwaliłam – ostatnio ślinię się na potęgę. :] Możliwe, że to chwilowe, ale możliwe, że pomału idą mi już kieły. :) Rozstrzygnięcie zapewne w następnym odcinku. ;)
Do mojej “kolekcji” lekarzy dołączyła ostatnio pani rehabilitantka. :) Z panią rehabilitantką żartów nie ma – potrafi wymiędlić, że hej! Na pierwszej sesji tortur podobało mi się średnio, ale teraz już jest OK, nawet zdarza mi się trochę chichrać, jak mnie Rodzice rozśmieszają. :) Cała ta rehabilitacja po to, żebym była prosta, bo nie jestem. Teraz się skręcam na jedną stronę – to pozostałość po złamanym obojczyku i trzymaniu głowy opatrunkiem do góry. Rodzice jednak walczą dzień w dzień, więc chyba nie zostanie mi nic innego, jak się wyprostować. Przy okazji – rehabilitacja z Tatą nosi nazwę rehabiliTATAcji. :D Nie ja to wymyśliłam. ;>
5 maj 2009 Komentarze (6)














![Wietrzenie brzuchów. :) Wietrzenie brzuchów. :]](http://b4.net.pl/maja/wp-content/uploads/2009/05/p1050166-300x199.jpg)




