Getting Things Done VS Raptowny Chęci Brak
Ci, co znają mnie bliżej, wiedzą, że mam niejakie problemy z mobilizacją. Dla tych, co mnie nie znają – gdyby Prokrastynacja była chorobą, to miałbym pierwszą grupę inwalidzką. :) Czy to kwestia perfekcjonizmu, czy raczej najzwyklejszego lenistwa – faktem pozostaje, że mam straszne problemy z wzięciem się za robotę (jakąkolwiek). I fakt ten przeszkadza mi dość mocno i mąci spokój mego snu. :]
Potrzebowałem czegoś, co pozwoli mi:
- ułatwić “branie się za robotę”,
- w sensowny sposób rozbić gigantyczne (z pozoru) zadania na prostsze, “atomowe”,
- wykorzystać naturalną u geeków umiejętność pracy na listach zadań,
- opanować naturalną u geeków nieumiejętność nadawania priorytetów.
Ponieważ czytuję Lifehackera, a tam wszyscy zachwycają się GTD, padło na GTD. :] Nie bez znaczenia był też fakt, że GTD pozwalało nieco podkarmić moją zaawansowaną gadżetomanię. :)
GTD, czyli Getting Things Done, w naszym tłumaczeniu “sztuka bezstresowej efektywności”, to system zarządzania swoim czasem i zadaniami, stworzony przez Davida Allena. O GTD w zarysie można przeczytać na Wikipedii, do dogłębnego poznania wymagana jest książka. Po przeczytaniu książki podkarmiłem nieco mego potwora gadżetomanii i kupiłem metkownicę ręczną (o taką). :) Zgodnie z przeznaczeniem najpierw ładnie opisałem Archiwum, ale potem zacząłem obklejać wszystko, co popadnie. Trochę to uzależnia. :)
Na nośnik dla swojego systemu GTD wybrałem Moleskine. W początkowym amoku i zachwycie nie doczytałem, że to ma być notatnik, i kupiłem kalendarz. :) Na szczęście notatnik nabyłem również, a w kalendarzu bardzo dobrze prowadzi się dziennik karmień Mai. :] Czemu akurat Moleskine? Powody były dwa: po pierwsze, nośnik dla systemu musi być fajny. :) Chodzi o to, żeby korzystanie z systemu było przyjemnością samą w sobie. Po drugie: akurat z doświadczenia wiem, że wszelkie elektroniczne systemy nie sprawdzają się zupełnie, jeśli chodzi o szybkie prowadzenie notatek.
Do systemu wprowadziłem kilka modyfikacji, już to podpatrując rozmaite GTD Moleskine Hack’i z Lifehackera i okolic, już to kierując się tzw. chłopskim rozumem.
Z najważniejszych – w szczątkowej formie wykorzystuję Skrzynkę Odbiorczą, czyli po naszemu Inbox. :) Zarówno w życiu codziennym jak i w pracy nie operuję zazwyczaj na papierowych dokumentach, więc klasyczny Inbox nie miał według mnie racji bytu. W Moleskinie rolę awaryjnego Inboxu pełnią kieszeń na tylnej okładce i garść luźnych karteluszek – w razie zasypania sprawami mam zamiar spisywać sprawy na bieżąco i wrzucać tam, żeby “przerobić” je, kiedy zasypanie ustąpi. Do tej pory skorzystałem z Inboxa raz, zazwyczaj od razu tworzę właściwy Projekt albo Następną Czynność.
Zamiast używania teczek, spisuję Następne Czynności na opisanych Listach Zadań, po jednej dla każdego Kontekstu. Kontekstów wymyśliłem cztery:
- praca – czynności do wykonania w pracy, dotyczące tejże.
- dom – czynności do wykonania w domu, niezwiązane z komputerami.
- emhyr – czynności do wykonania, kiedy mam dostęp do emhyra (naszego serwera), czyli kiedy mam dostęp do sieci, ale nie do domowego komputera. Wszelkie możliwe do wykonania przez www.
- komp – czynności do wykonania przy domowym komputerze lub w domowej sieci, np. obróbka grafiki, zdjęć, dłubanie przy klaptopowym linuksie (nie lubi się on z siecią w pracy).
Ponieważ moje zadania z pracy i z domu nie przenikają się, i nie zamierzam dopuścić, żeby zaczęły :) , nietypowo używam dwóch list Projektów – dom i praca.
Przystosowanie Moleskina do GTD wygląda następująco. Na wewnętrznej stronie okładki jest wklejona ściągawka z algorytmu GTD, wzięta stąd (wersja A5). Zadałem sobie również trud, żeby wpisać na pierwszej stronie swoje dane i nawet wyznaczyć nagrodę za odnalezienie. :) Na drugiej stronie wklejone są kolorowe zakładki, którymi dalej oznaczone są Listy Zadań i Projektów – tutaj jako legenda.
Notatnik ma ponumerowane kolejno nieparzyste strony – używam numerów do referencji przy tworzeniu Następnych Czynności z Projektów, dodatkowo oznaczając stronę lewą i prawą (np. 25L).
Do zrobienia zakładek dla List Zadań, Projektów i Kiedyś/Może użyłem czegoś, co nazywa się “Memo Zakładka” i jest kolorowymi, samoprzylepnymi karteczkami. Niestety nie nadają się one do niczego – są wiotkie i zwijają się w trąbki, jak widać na zdjęciach – nie wygląda to za ciekawie. W USAch są do nabycia wklejane sztywne zakładki, ale niestety nie do dostania u nas. Nie mam pomysłu, jak problem rozwiązać, ale tak dalej być nie może. W sumie jest 8 zakładek, dzielących 96 kartek notatnika na równe sekcje po 12 kartek – cztery Listy Zadań, dwie Listy projektów, lista Kiedyś/Może oraz notatki, w których umieszczam np. pomysły na wpisy na blogu czy wskazówki do odwiedzanych keszy.
Na kieszeń na tylnej okładce Moleskina nakleiłem kilkanaście kartek samoprzylepnych z bloczku Post-It, na nich spisuję np. listy rzeczy do kupienia w sklepie, po czym naklejam na następnej stronie w odpowiedniej Liście Zadań. Dzięki temu nie zaśmiecam sobie notatnika (po zrobieniu zakupów listę można odkleić i wyrzucić), a sama lista jest pod ręką – zaraz za wpisem na Liście Zadań.
Wpisów dokonuję w formacie: □ (puste miejsce) data treść Następnej Czynności. Kwadracik służy do zaznaczenia wykonania czynności, w puste miejsce wstawiam wykrzyknik w przypadku czynności z wyższym priorytetem lub “W” w przypadku czynności, na których wynik czekam.
Pierwsza strona każdej z List Projektów służy za indeks, z którego prowadzą odwołania do kolejnych stron zawierających rozbicie poszczególnych projektów na zadania.
Do “twardych zadań” używam kalendarza w Nokii E51, magicznie synchronizowanego z Rainlendarem na pulpicie domowego komputera. O patencie na synchronizację obiecuję napisać w niedalekiej przyszłości. :)
Za Archiwum domowe robi… stare archiwum domowe. :) Okazało się, że mieliśmy je zorganizowane całkiem sensownie, nawet jeśli nie alfabetycznie, jak sugeruje Allen. Poza tym Melulu na sugestię, by zorganizować wszystko alfabetycznie, dostała delikatnej piany na ustach. :)
W pracy Inbox, Archiwum i twarde zadania przechowywane są w Outlooku. Do końca jeszcze nad tym nie zapanowałem, bo po dziś dzień walczę jeszcze z pierdolnikiem w Inboksie. ;) Ziemią niczyją pozostają Listy Zadań – wypadałoby utworzyć pod-konteksty w Outlooku dla zadań typowo pracowych, z drugiej strony wydaje to mi się typową sztuką dla sztuki – większość zadań w mojej pracy to typowe “gaszenie pożarów” i nie ma w nich miejsce na planowanie i nadawanie prorytetów, po prostu robi się je od razu. Z kolei pomysły na nowe projekty pracowe przychodzą mi najczęściej poza pracą, i wtedy doskonale sprawdza się Moleskine.
Jak to się sprawdza?
Całkiem fajnie się sprawdza. :) System zacząłem pomału wprowadzać dwa tygodnie temu. Nie mogłem sobie pozwolić, jak sugeruje Allen, na dwa dni nie robienia nic innego, tylko implementacji systemu, więc wejście w GTD miałem cokolwiek rozmyte (wciąż jeszcze walczę w pracy). W tym, co GTD ma robić, czyli w organizacji zadań, sprawdza się rewelacyjnie. W tym, w czym miałem nadzieję, że mi pomoże, pomaga nieźle, ale nie doskonale. Dzięki systemowi faktycznie robię więcej zaplanowanych rzeczy i mam dużo więcej satysfakcji z tego, co udało mi się zrobić (i mam to na piśmie :). Faktycznie odczuwam zjawisko “umysłu jak woda”, czyli gotowości na nowe zadania, gdyż stare i obecne zostały wyparte ze świadomości (trafiły do systemu). System nie rozwiązuje niestety problemu totalnego braku energii, jaki mnie dręczy. W książce Allena jest przedstawione kilka metod wyboru najbliższych zadań do realizacji, mi najbardziej przypadł do gustu czterokryteriowy model wyboru zadań (Kontekst, dostępny czas, dostępna energia, priorytet) – sprawdza się on bardzo fajnie, kiedy mamy jeszcze jakąś energię do dyspozycji, niestety u mnie jest to często “mniej niż zero”. Wciąż jeszcze nie mam dobrej metody i dobrego momentu (zdarza mi się o nim zapomnieć) na robienie Przeglądu Tygodnia. Problem zakładek w Moleskinie staje się palący, gdyż sfrędzlowane są już dość mocno.
Za czas jakiś napiszę, czy nie dałem już sobie spokoju. ;) Ale póki co nie zanussi się na to, a GTD polecam każdemu geekowi z problemami. :)











Marzec 9th, 2009 at 14:44
Moleskin robi fantastyczne notesy, po prostu chce sie w nich pisac/rysowac/suszyc kwiatki :D Az mnie korci zeby sobie w koncu zafundowac do takiego notesu solidne pioro wieczne. Ile kosztuje metkownica reczna ? :D
Marzec 9th, 2009 at 15:23
@Ami:
Pióro wieczne jest fajne, ale bałem się, że w warunkach polowych będzie jazda z rozmazywaniem tuszu. Poza tym używam Moleskine w rozmiarze kieszonkowym (9 x 14 cm), w nim trudno “rozpędzić się” z piórem. :)
Nie znaczy, że nie wysnobowałem się troszeczkę. :] Używam długopisu żelowego Pilot G-2, granatowego, specjalnie w tym celu wypatrzonego i nabytego. :)
Sklep z metkownicami jest na rogu Koszykowej i Mokotowskiej: http://panasonic-office.pl/e-sklep/contact_us.php
Ta moja kosztowała 150 zł. Tańsze są metkownice firmy Dymo, ale coś mi w nich nie podpasowało, już nie pamiętam, co.
Marzec 9th, 2009 at 17:13
Z doświadczenia wiem jedno – te wszystkie genialne systemy, systemiki roztaczają przed nami wizję rajskiego świata tak długo, aż… nie przestaną. (Głębokie :>). Zachęcona przez mojego kolegę ze studiów postanowiłam spróbować map pamięci. Początkowo wszystko picuś glancuś – no czyta się to świetnie, rysuneczki pomagają zapamiętywać, przypomina się dużo szybciej niż czytając zwykłe książki, co więcej okazało się że mój ulubiony asystent z anatomii też używa map pamięci i to bardzo namiętnie. Niestety albo za mało o tym wiem, albo za mało czasu temu poświęcam, ale w pewnym momencie to przestaje się sprawdzać. Żeby mapę zrobić trzeba przeczytać cały tekst, a potem wyselekcjonować to co najważniejsze. Żeby to rozplanować, przepisać i narysować potrzeba dobre kilka godzin. W rezultacie tekst mamy przeczytany tylko raz, mapę robilismy dłużej niz czytalismy, a czasu na powtórzenie tego co najważniejsze zabrakło. All in all zasiadając do powtórek przed kołem z brzucha miałam w ręku stos kartek z mapami do których nawet nie zdążyłam zajrzeć, a robiąc je zmarnowałam czas który mogłam przeznaczyć na ponowne czytanie materiału.
Mój kolega nadal próbuje, kupuje nawet jakieś ksiązki, próbuje to zgłebiac. Ja zniechęcona wynikami mojego koła z brzucha wracam do tradycyjnych metod nauki, nawet jeśli mój mózg “nie zapisuje w ten sposób informacji”. Wyobrażam sobie że z organizacją czasu metodami które polecasz jest podobnie. Owszem zapiszę wszystko, uporzadkuje, bedą w jednym miejscu etc. etc. ale zajmie to tyle czasu, że zrobienie wsyztskiego będzie potem niemożliwe, tudzież – jak sam przyznajesz – chęci nadal będzie brak. Aczkolwiek na wszystkich działają inne metody, może ta Ci się powiedzie :) Trzymam kciuki :)
Marzec 9th, 2009 at 20:29
@Som:
Masz absolutną rację, pisząc o systemach i rzucaniu ich w kąt. Są jednakowoż metody, pozwalające nieco zmniejszyć ryzyko “odrzucenia”. Najmocniej, według mnie, działającą metodą jest inwestycja. :) W GTD władowałem trochę kasy (książka, Moleskiny dwa, metkownica!) i trochę czasu, i wszystko to staje mi przed oczami, kiedy tylko pomyślę o porzuceniu systemu (ale na razie nie myślę). :] Stąd też większe szanse na powodzenie z mind mapami ma Twój kolega, który wykosztował się na książkę. ;) Druga sprawa, to to, o czym pisałem – budowanie systemu na przedmiotach/urządzeniach, z których samo korzystanie sprawia frajdę. Wtedy również obcowanie z systemem sprawia radość, a do tego użytkownik ma naturalną tendencję do zabawy urządzeniem, odkrywania jego możliwości i zaprzęgania ich do obsługi systemu.
Poza tym uważam, że akurat z GTD mam łatwiej. Pisanie w zeszyciku jest najszybsze i najłatwiejsze. Przerobiłem dwa Palmy, jednego Pocket PC, niezliczoną kupę mniej lub bardziej mądrych telefonów komórkowych i uważam, że mam porównanie. :] Do tego w moim przypadku prowadzenie systemu pochłania pomijalną ilość energii i czasu (mniej więcej tyle, co pisanie kartek z listą zakupów), a ponieważ jego główną ideą jest odciążenie umysłu od podświadomego międlenia, co jeszcze jest do zrobienia, nie mam większego problemu z pamiętaniem żeby w ogóle do Moleskina zajrzeć. Jestem dobrej myśli. :]
Swoją drogą, w książce o GTD pojawia się pojęcie mind map, ale w kontekście burzy mózgów i bodajże techniki naturalnego planowania.
Marzec 10th, 2009 at 09:56
Zapomnialam napisac, ze zgadzam sie w 100% – zaden palm ani smartfon nie zastapi notesu z dlugopisem. Srednio na rok przerabiam kilka notesow, nigdy nie chcialo mi sie natomiast pieczolowicie wklepywac nawet krotkich notatek na malej klawiaturce…
Marzec 12th, 2009 at 14:41
To ja w kwestii frędzelków tylko chciałam… :) Przynajmniej w jakimś stopniu pomaga wzmocnienie najzwyklejszą taśmą klejącą :) Przerabiałam w przypadku ‘książeczki kucharskiej” (książeczki, bo książka to za dużo powiedziane ;) ) z przesortowanymi alfabetycznie ulubionymi przepisami.
Może nie jest to rozwiązanie idealne ale na pewno zwiększa żywotność zakładek ;)
Marzec 15th, 2009 at 18:45
Potwierdzam – kieszonkowy notes i dobry żelowy długopis to o wiele lepsza inwestycja niż dowolny palm. Z tym, że koniecznie musi to być notatnik formatu A6, gruby, wytrzymały, no i długopisów musi być kilka, by zawsze jakiś był pod ręką :)
Do GTD chyba nie miałbym serca, więc po prostu zapisuję sobie tematycznie rzeczy do zrobienia rozpisane na punkty. Każda taka tematyczna lista punktów na osobnej stronie i z datą kiedy została zapisana (z reguły chodzi o rzeczy, które mam załatwić w ciągu max kilku dni, więc nie ma potrzebny dopisywania daty, kiedy ma to być zrobione). Później odhaczam co już mam z głowy i przy okazji sprawdzam kilka dni do tyłu, czy nie zostały mi jakieś luki.
Marzec 16th, 2009 at 23:13
Skoro już się chwalimy pomysłami – ja (głównie w pracy) stosuję metodę zapisywania w kalendarzu. Bardzo lubię wersję, gdzie tydzień jest rozpisany na dwie strony, więc widać od razu zaplanowane zadania od poniedziałku do niedzieli. W odróżnieniu od GTD taka metoda uwzględnia aspekt terminowości.
Problem jest tylko wtedy, kiedy zadania są mniej pilne i wbrew planom nie zostały zrobione w pierwszym zaplanowanym terminie – wtedy przepisuję je na następny tydzień, żeby nie zapomnieć. Zdarzało mi się tak przepisywać niektóre kilkanaście razy… ;)
Kwiecień 9th, 2009 at 18:18
heh mnie ten problem (żeby mi się chciało tak jak mi się nie chce) niestety też dotyczy. Żadne systemy jak dotąd nie pomagały mi dłuzej niż przez kilka dni do kilku tygodni. Tak jak pisze Som. (Twoja złota myśl -deep- była naprawde boska)
Dużo czytam w temacie. Ciekawosta ogólnie jest taka, że po prostu poziom aktywności danej osoby jest jednym z wymiarów charakteru (według prof. Strelau’a) I jako taki nie podlega ni to ocenie, ni za bardzo zmianie.
Co nie zmienia faktu że pewnych granic nic nie robienia przekraczać nie można. Pytanie tylko czy to nie jest już depresja. A jeśli nie ona to co za czort?
I znowu książki, systemy i szukanie :D
Maj 5th, 2009 at 18:52
http://www.uo.uw.edu.pl/kursy/czlowiek_i_spoleczenstwo/ztuka_efektywnego_dzialania_planowanie_i_organizacja_czasu
Lipiec 3rd, 2009 at 16:36
Bardzo ciekawy turial! Dzięki :) Zastanawiam się jednak czemu używasz notatnika, a kalendarz oddałeś Małej… Przecież D.Allen wyraźnie pisze żeby używać kalendarza, ba! jeśli dobrze kojarzę to nasz GTD-guru wspomniał o kalendarzu roboczym i głównym.
Piszę pracę magisterską o Personal Information Management (PIM) więc temat mnie bardzo interesuje. Ale najlepsze jest to, że testując na sobie różne rozwiązania, sam na tym najwięcej korzystam. Próbowałem ostatnio podnieść swoją efektywność dzięki telefonowi Era G1 i kalendarzowi Googla. Wydawało mi się, że jest to rozwiązanie bardzo inteligentne,bo mogłem w ten sposób synchronizować kalendarz spotkań z klientami mojego szefa, kiedy jego nie było w biurze, czyli bardzo często. Niestety on jest przyzwyczajony do swojego kalendarza tradycyjnego i już nie chciało mu się aktualizować zmian kiedy coś w jego grafiku się zmieniło. Ostatecznie, mi też nie chciało się wpisywać wszystkiego do komórki, mimo niby klawiatury qwuerty! Przed przeczytaniem tego Twojego posta intensywnie się zastanawiałem (karmiąc się przy newsami z PDAclub.pl) w co teraz zainwestować. Dodam, że też mam E51, więc fakt, że właśnie ten model skutecznie wspiera Twój system, pocieszył mnie i powstrzymał, przynajmniej na razie, od jej sprzedania. Chyba dojrzewam do wniosku, że cyfrowo wcale nie musi znaczyć efektywniej, przynajmniej nie w każdym przypadku. Przykład mojego ex-szefa to już inna bajka, jednym z celów mojej pracy mgr jest zaproponowanie mu najbardziej efektywnego rozwiązania. Obecnie pod jego opieką jest 500 klientów! A przecież cały czas musi zabiegać o nowych. Łatwo się domyślić, że nawet duży kalendarz formatu A4 jest w tym przypadku nieefektywny. Próbowałem zrobić mu bazę w exelu, ale było za dużo dłubania. Z tego co się niedawno zorientowałem, Outlook najlepiej sprawdza się w roli PIM. Wydaje mi się, że wersji Offica2007, którą kupił mój ex-szef Offica nie ma. Znacie akąś godną alternatywę dla Outlooka na licencji OpenSource? Ja zgooglowałem zachwalane przez wielu KDE-PIM, niby jest już dostępna na Windowsa, ale jakoś instalki nie znalazłem. Bebe, Ty dłubiesz w Linuksie, nie? :) Na dzień dzisiejszy dla mojego ex-szefa widzę dwa rozwiązania: 1)albo kupi sobie Palma, który jest obecnie na wymarciu, ale ma dłuższą i bardziej zasłużoną tradycję jako PDA niż Packet PC. 2) a jeśli nie da się przekonać do takiego gadżeta… to pozostanie mu regularnie, pewnie najlepiej raz na tydzień, wpisywać nowe kontakty, inne cenne info na przyszłość, do tej jeszcze nie ustalonej bazy (Outlook, Palm Desktop,…?). Jeśli doczytałeś Szanowny Autorze, tego bloga to będę też wdzięczny jak opiszesz synchronizacje E51 z Rainlendarem, o którym też dowiedziałem się tutaj :)
P.S.
Byłem już dzisiaj w Czułym Barbarzyńcy, żeby sobie obejrzeć Moleskine, ale skąpy duch się we mnie odezwał i kazał sprawdzić najpierw na Allegro :) I tu, uwaga, podróbka: Antra Pocket ala Moleskine. Swoją drogą ciekawe jest to, że kalendarze Moleskine są 1,5 roczne, co niewątpliwie zachęca do zakupu nawet w połowie roku! :)
Lipiec 4th, 2009 at 00:44
@zalew:
Dzięki za komentarz, chwilę to zajmie… :)
Po kolei.
Książkę Allena czytałem raz, więc znam się na GTD słabo, a jeszcze moja memoria bywa fragilia. :) Z tego co pamiętam jednak, to Allen polecał używanie jakiegokolwiek kalendarza do zapamiętywania terminów, zaś całość GTD koncentrowała się na zarządzaniu projektami/zadaniami. Jest jeszcze jego 43 Folders (nie pamiętam, jak jest po polsku), które jest takim GTDowym podejściem do kalendarza, ale na moje potrzeby to overkill. Kalendarz elektroniczny jest IMHO o wiele wygodniejszy, bo raz, że zapisuje się w nim niewiele i skrótowe hasła (przynajmniej ja tak mam), a ma tą fajną przewagę nad kalendarzem papierowym, że potrafi piszczeć o zadanej godzinie. :)
Wygląda na to, że przechodzę odwrotną drogę – E51 jest be, teraz kupiłem sobie G1. :D Jak dla mnie – nie ma porównania, G1 wymiata i zastanawiam się nawet, czy nie przenieść się z całym GTD na niego.
Do synchronizacji wykorzystuję Google Calendar. Rainlendar obsługuje go w wersji Lite, tyle, że do każdego wpisu dodaje tekst “[unregistered]“. Pod Symbianem używam aplikacji CalSyncS60, a na G1 po prostu działa. :)
Rainlendar w wersji Pro kosztuje 43 zł (bez ograniczeń na ilość komputerów w domu), wstrzymuję się z zakupem, bo chcę przenieść back-end naszego kalendarza na stronie BBBB Inc. na GCal, poza tym czekam na API do zadań w GCal’u i tym samym ich obsługę w Rainlendarze.
Odnośnie ogólnej dyskusji cyfrowo vs tradycyjnie – IMHO wszystko rozbija się o wygodę i szybkość wprowadzania danych. Ja już jestem tak skrzywiony przez pracę, że na klawiaturze piszę szybciej niż ręcznie. Klawiatura w G1 to było właśnie to, co mnie “kupiło”. Jeśli szefowi wygodniej jest pisać długopisem w kalendarzu, to nie ma takiej siły, która zmusiłaby go do nauczenia się, a potem korzystania na dłuższą metę z Palma z Graffiti. Ja póki co zostaję przy Moleskine’ie, bo nie kończą się w nim baterie i nie tłucze się po upuszczeniu na ziemię. :)
Outlook jako PIM ma jedną, dość poważną wadę – windowsa. :) W sensie – jest bardzo duży problem z korzystaniem z niego poza windowsem i na urządzeniach mobilnych. Jeżeli szef siedzi za jednym biurkiem przy jednym komputerze i tam sobie zarządza wszystkimi kontaktami, to właściwie nie ma problemu. Ale jeśli zechce się zza biurka ruszyć, to zaczyna się już kombinowanie.
Z PIMów pod Linuxa kojarzę przede wszystkim Evolution, ale to jest tylko pod Linuxa. Zasadniczo nie używam, bo to taki kombajn stylizowany na Outlooka, zaś moje potrzeby wyczerpuje Thunderbird. Ale Evolution ma obsługę wszystkich szanowanych standardów wymiany informacji, a nawet Novell napisał dla niego wtyczkę łączącą go jakoś koślawo z Exchange’em, ale jak to działało, to nie wiem. Wtyczka nazywała się Ximian.
Jak jeszcze będę mógł coś pomóc, to śmiało. :)
Lipiec 5th, 2009 at 23:34
Z tym Google G1 to sam nie wiem czy dobrze robie, bo sprzedając go będę sporo w plecy :((( (kupiłem za 1200, a na allegro pod młotek pójdzie może za 800…?) ale aukcja jest do czwartku więc jeszcze mogę się wycofać. System świetny, jeżeli chcesz przejść z całym GTD na G1 to z Marketu polecam Shuffle., albo myGTD. Pierwszy synchronizuje się chyba z Google calendar, a drugi jest bardzo podobny do desktopowego Thinking Rock, który sobie chwale. W telefonie denerwuje mnie głównie ten plastik, mam wrażenie, że dość szybko ten aparat się rozleci. A z jakiej oferty korzystasz? Ja kupiłem do niego simdate w Plusie, no i do neta była fajna, ale dzwonic sie z tego nie oplaca.
“>>chcę przenieść back-end naszego kalendarza na stronie BBBB Inc. na GCal,”" nie kumam, co masz na myśli?
Sugerujesz, że Outlook słabo chodzi na Windows Mobile?
Lipiec 6th, 2009 at 00:37
G1 z Ery, więc kosztował mnie 49 zł, do tego abonament 85 zł miesięcznie i 500 MB transferu w tym abonamencie. A, i darmowy hotspot w każdym McWymiocie w kraju. :D
Mamy na swojej stronie aplikację do pamiętania za nas o rocznicach, urodzinach i takich tam. Jest napisana od zera przez Melulu i trzyma dane w bazie. Wadą rozwiązania jest to, że nijak nie idzie danych o tych rocznicach współdzielić. Kombinowałem z przejściem na format iCalendar i udostępnianie pliku kalendarza przez WebDAV, ale musiałbym sam sobie napisać obsługę iCalendara w PHPie, a aż taki ambitny nie jestem. :] Druga sprawa to to, że autorzy aplikacji na telefony czy cokolwiek olali całkowicie standardy, jak chociażby wspomniany iCalendar/WebDAV czy specjalnie do tego celu stworzony CalDAV, i namiętnie piszą aplikacje synchronizujące tylko z kalendarzem Googla. W efekcie kalendarz Googla (gCal) wydaje mi się najsensowniejszą platformą do przechowywania kalendarza, mimo, że z samej aplikacji na stronie Googla nie korzystam.
Nie wiem, ostatni raz z Windows Mobile miałem do czynienia parę lat temu, i wtedy współpraca z Outlookiem nie działała w ogóle. :] Może przez ten czas firma Microsoft wykonała gigantyczny skok technologiczny i urządzenia z systemem operacyjnym jej autorstwa są w stanie połączyć się z serwerem poczty jej autorstwa. :) Nie dowiem się tego raczej, gdyż na propozycję ponownego użytkowania telefonu z systemem Windows Mobile ucieknę z krzykiem człowieka słusznie rozjuszonego. :]
Lipiec 12th, 2009 at 00:30
Od kilku dni mam tego Rainladera Litle, zrozumiałem Cię tak, że kalendarz synchronizuje się autmatycznie z gCalem tylko jest info “unregistered]”, ale teraz w pomocy wyczytałem, że muszę do tego wykupić wersje Pro. Czyli pozostaje mi synchronizacja ręczna?? Tzn wchodzę na stronę google kalendarza tam ekportuje na dysk plik kalendarza .ics i wygrywam go do Rainladera!? To przecież masakra, ja chce automatycznie!
>>autorzy aplikacji na telefony czy cokolwiek olali całkowicie standardy, jak chociażby wspomniany iCalendar/WebDAV czy specjalnie do tego celu stworzony CalDAV, i namiętnie piszą aplikacje synchronizujące tylko z kalendarzem Googla.
Rainlader obsluguje format iCalendar, bo załadowałem go (na piechotę!) plikami .ics z Google Kalendarza, a z tego co napisaleś wyniaka jakoby tylko gCal był obsługiwany przez wszystkie… aplikacje. Nawet nie można exportować w formacie gCal.
Jak notujesz w G1? (Zostałem przy tej cegiełce :> ) Ja najczęściej używam, AK Notpade, ale szukam programu, który będzie miał swoją wersje desktopową, (AK Notpade generuje na karcie SD plik tekstowy, ale nie chce mi się później tych, spisanych na qwerty klawiaturce, tekstów wklejać stamtąd w docelowe projekty). Wiele osób zachwala TiddyWiki, ale jakoś nie ogarnąłem tego na desktopie, a co dopiero na G1, ale jest w Markecie! Uzytkownicy MS Office i Pocket PC moga korzystac z OneNote, a my? :)
Lipiec 12th, 2009 at 22:49
Co do Rainlendara, to polecam po prostu kupić wersję Pro, 10 euro to nie majątek, zwłaszcza za aplikację, której się faktycznie używa. Ręcznie synchronizować pewnie się da, ale to nie dla mnie – jeśli coś nie dzieje się automatycznie, to zazwyczaj prędzej czy później o tej czynności zapominam i całe nabożeństwo na nic.
Tylko gCal jest obsługiwany pod Symbianem, a raczej był, bo obecnie stary CalSyncS60 już nie działa, a za nowego firma krzak życzy sobie pierdyliard złotych luidorów.
Do notatek pod Androidem używam AK Notepad, ale nie mam potrzeby synchronizowania ich z czymkolwiek. Docelowo na Androidzie mają działać Google Docs (również offline), więc wtedy problem się rozwiąże. Póki co działają tylko arkusze kalkulacyjne i tylko przez przeglądarkę (trzeba wejść przez m.google.com/docs, przez m.google.pl/docs nie działa). Niestety, pracownicy Googla nie chcą podać choćby przybliżonej daty wypuszczenia Google Docs pod Androida, mówią tylko, że prace trwają.
Styczeń 9th, 2010 at 04:13
Jestem tu przypadkiem ale dorzucę swoje 3gr. (może komuś się przyda). Trzymanie się jakiejś idei na sztywno nie ma sensu bo każdy jest inny i ma inne potrzeby i możliwości. Do tego radykalna zmiana przyzwyczajeń jest często niemożliwa wręcz, więc zamiast “rewolucji” polecam “ewolucje”. Moja adaptacja GTD to (od najmniejszego do największego (raczej domowo biurkowego) “sprzętu”:
1) kilka małych, luźnych karteczek jak z tzw. kołozeszytu spiętych klipsem do papieru (nie mylić ze spinaczem) i zawsze gdzies przy sobie (np w tylnej kieszeni),
2) kalendarz (14×14cm, tydzień na 2 strony), w środku wkleiłem na okładkę kopertę na CD – przydaję się na jakieś karteczki żeby się nie gubiły jeśli coś na szybko dorzucam
3) zamiast 43 folderów tylko 16 = 12m-cy +1 inbox + 1 dodatkowy+ 2 na wizytówki różne. A to w postaci przerobionego lekko przeze mnie segregatora A4 (cienkiego, z miękką, elastyczną oprawą) a w nim 12 koszulek (1 na kazdy miesiac roku) z klapka (żeby karteczki nie wypadały) + 2 koszulki inbox. i dodatkowa. Przeróbka banalna – 4 otwory i okrągła, kolorowa gumka tak przewleczona by można nią było całość łątwo spiąć/ścisnąć (można kupić teczki papierowe tak spinane – stąd wziął się pimysł). Otwory żeby były ładne zabespieczone są metalowa obwódką jak dziurki w butach (każdy szewc zrobi). Tutaj lądują karteczki z rzeczami do zrobienia kiedyś w jakimś tam miesiącu. Na koniec każdego miesiąca. przeglądam wszystko z koszulki na miesiąc następny i wpisuję do kalendarza jeśli trzeba. Nawet jest to dość przenośne ale lepiej nie na codzień.
Z elektronicznych narzędzi nic mi się jeszcze nie sprawdziło – problemy z bateriami, ceną, czasem uruchomienia, przenośnością, odpornością na czynniki atmosferyczne i moją .. hmm …”ruchliwość” :) i np. upadki, lub przywiązaniem do danego OS. Dalej szukam jakiegoś sposobu na gromadzenie i przeszukiwanie notatek na dowolnym OS, szybko, łatwo i hurtowo z mozliwoscia wklejania stron www czy zrzutow ekranu. Przetestowane: wiki lokalne, tidly wiki itp., blog lokalnie zinstalowany, Basket notepad, tomboy, evernote, one note, kjots, pliki tekstowe i inne (najbliżej ideału był Evernote ale też na tyle daleko, że i on wyleciał z mojego komputera) i inne. Może macie jakiś sposób???
Pozdrawiam.